Kultur-Lige

David Serebryanik

Krótki biogram

David Serebryanik – urodzony w Taszkiencie (Uzbekistan) w rosyjsko-żydowskiej rodzinie artystów operowych. Dzieciństwo spędził w Teatrze Opery Narodowej w Taszkencie. Pierwsze muzyczne kroki stawiał w domu, improwizując oraz zgłębiając grę na pianinie i syntezatorach. Niesamowity świat muzyki jidysz, muzyki żydowskiej i współczesnej muzyki izraelskiej otworzył przed nim ojciec, Aleksander Serebryanik, dyrygent i pianista. Od 1994 roku David aktywnie pracuje jako młody muzyk w Centrum Kultury Izraelskiej w Taszkiencie, grając, komponując i aranżując muzykę na koncerty i uroczystości żydowskie.

Pochodzi Pan z rosyjsko-żydowskiej rodziny artystów operowych. Czy ma Pan jakieś wyraźne wspomnienie z dzieciństwa związane z czymś innym, niż muzyka?

Pamiętam swoich przyjaciół, miasto Taszkent, które bardzo kocham, szkolne lata, Teatr Operowy, związany nie tylko z muzyką, ale także z pracującymi tam ludźmi, przede wszystkim moimi wspaniałymi rodzicami: Aleksandrem Serebryanikiem – pianistą i dyrygentem, oraz moją matką, Raisą Czepczenko – wspaniałą śpiewaczką operową (mam prawo tak mówić jako syn). Pamiętam też niesamowity budynek opery, atmosferę jak z bajki. Od dzieciństwa fascynuje mnie komunikacja publiczna – zdaje się, że odziedziczyłem to po swojej babci Fridzie, która najpierw pracowała jako policjantka ruchu drogowego, a później przy projektowaniu miejskiego transportu publicznego. Pamiętam też Izraelski Ośrodek Kultury w Taszkencie, mój trzeci dom (drugim była opera). Tam, będąc nastolatkiem, czułem się najbardziej wolny, najbardziej akceptowany, żydowski – krótko mówiąc – wśród swoich. Miał w sobie smak Izraela, który natychmiast pokochałem; od początku towarzyszyło mi poczucie, że już byłem w Izraelu na długo zanim go [naprawdę] odwiedziłem. To był niezapomniany czas.

 

Zawodowo zajmuje się Pan graniem, komponowaniem i aranżowaniem muzyki. Który z tych procesów jest najbardziej satysfakcjonujący? A może każdy z nich po równo? 

 

Improwizacja przy użyciu syntezatorów i pianina to dla mnie prawdziwa frajda. Co do samego komponowania, zazwyczaj jestem zbyt leniwy – jest tyle rzeczy do spisania… 

 

 

Pracował Pan w wielu różnych krajach, współpracował z wieloma muzykami z różnych zakątków świata. Czym jest dla Pana ten kontakt z różnymi kulturami, stylami i punktami widzenia – zarówno artystycznie, jak i osobowo?

 

Czuję się związany z pięcioma krajami. Uzbekistan, wiadomo, ale – co ciekawe – mówiąc Uzbekistan, tak naprawdę mam na myśli Taszkent. Niemcy znam tysiąc razy lepiej niż kraj, w którym się urodziłem. Prócz wspomnianych już Niemiec oczywiście Izrael, który kocham całym sercem, w którym czuję się wolny jak nigdzie indziej. Potem Stany Zjednoczone – podczas mojej jedynej jak na razie podróży tam odkryłem wolność, jakiej nigdy nie czułem w Europie. 

 

Last, but not least: Polska, kraj, w którym czuję się jak w domu. Jest tu przytulnie, czuć ducha “starych czasów”. Artystycznie również jest tu bardzo interesująco – wiele niezwykłych koncertów, wystaw, spektakli. Oto przykład: niedawno odkryłem Kocią Kawiarnię w Szczecinie, gdzie żyją koty oczekujące na adopcję. Możesz tam pójść, wypić kawę, pogłaskać kota i być może zabrać jednego z nich do domu. Czyż to jest nie niesamowite?

 

Pod względem artystycznym Niemcy były dla mnie przez długi czas “dyktatorem trendów”, ponieważ studiowałem grę na klasycznym pianinie, a to jest najodpowiedniejszy kraj do studiowania muzyki klasycznej (choć nie robiłem tego z wielkim zaangażowaniem). Zawsze ciągnęło mnie do improwizowanej muzyki, jazzu, muzyki żydowskiej, klezmerskiej. Muzyka klasyczna była dla mnie rodzajem tortury.

 

Izrael również artystycznie wiele mi dał. Myślę, że nie muszę tłumaczyć dlaczego. A Polska… Cóż, jedną z moich wielkich polskich miłości jest Chopin i jego muzyka. Skoro twierdzę, że muzyka klasyczna jest rodzajem tortury, to Chopin jest przynajmniej słodką torturą. 

 

 

Czy może Pan opowiedzieć o swoich ulubionych projektach lub takich, które jak dotąd najbardziej zapadły Panu w pamięć? Co sprawiło, że były one wyjątkowe?

 

Mój pierwszy naprawdę niezapomniany i ukochany projekt realizowany był w Taszkencie. Odkryłem workstation marki KORG, czyli syntezator z wbudowaną możliwością nagrywania muzyki – ojciec kupił mi go, gdy miałem 15 lat. Za pomocą tej maszyny (która teraz cieszy się zasłużoną emeryturą w YUNG YiDiSH w Tel Awiwie) przygotowałem program na cały wieczór dla znanego w Uzbekistanie i byłym Związku Radzieckim artysty, Włodzimierza Bagramova. Komponował chansony w stylu rosyjskiego “city-romance”, wiele z tych piosenek było także poświęconych Żydom w Związku Radzieckim, opowiadało ich historie. Jeden z utworów nosił na przykład tytuł “Ciocia Cylya”.

 

Wiele dały mi przyjaźń i współpraca z Mendym Cahanem i Shane’em Bakerem! Z Mendym odkryłem wiele nowych (dla mnie) piosenek w jidysz. Uwielbiam występować w jego niesamowitym YUNG YiDDiSH, a jak wspomniałem – mój stary syntezator mieszka tam na stałe.

 

Z Shane’em zrealizowałem dwa z jego niesamowitych przedstawień: “Mitzi Manner”, pokaz drag queen z postacią starej aktorki jidysz, oraz “Monisz” Icchoka Lejba Pereca, którego Shane wystawiał, podczas gdy ja improwizowałem muzykę. Trochę jak w stylu czarno-białych filmów, tylko z mówieniem. 

 

Jest Pan znany z eksperymentowania z muzyką jidysz, żydowską i nowoczesną muzyką izraelską. Jak opisałby Pan sposób, w jaki Pana tożsamość łączy się z Pana podróżą artystyczną? Czy na przestrzeni lat coś się zmieniło? 

 

To pytanie dotyczy właściwie całego mojego życia i trudno na nie odpowiedzieć w krótkim wywiadzie. Mimo wszystko spróbujmy. Mam żydowskiego ojca i rosyjską matkę, która czasami jest bardziej yiddishe mame, niż mógłbym to sobie wymarzyć. To już dwie perspektywy, rosyjska i żydowska. Dalej: urodziłem się w Uzbekistanie, ale w Niemczech mieszkałem dłużej, niż w moim kraju urodzenia (22 lata). Aktywnie posługuję się czterema językami i mam w sobie to niesamowite żydowskie poczucie, że czuję się jak w domu jednocześnie wszędzie i nigdzie. Studiowałem grę na klasycznym pianinie (jak wspominałem, z niezbyt wielkim entuzjazmem i wysiłkiem), ale tym, co naprawdę kocham, jest jazz i swobodna improwizacja. Jak widać tych punktów przecięcia jest wiele. Myślę, że najlepiej łączyć robienie tego, co robię z miłością i wewnętrzną radością. 

 

Czy może nam Pan powiedzieć, nad czym obecnie pracuje? Co możemy usłyszeć w przyszłości?

 

Mam nadzieję, że będę mógł ponownie pracować z Mendym i Shane’em, istnieje też interesująca, niesamowita inicjatywa reżysera i dramaturga Paula Bargetto, aby wznowić teatr jidysz w Warszawie (Eldorado Teatr). W tej chwili nie planuję zbyt wiele: uczę się żyć tu i teraz, dzień po dniu.